Blog Termo Klima

Systemy Klimatyzacji i Wentylacji

Tunel cz. 2

Opublikowano | Kwiecień 23, 2012 | Komentarze są wyłączone

Tunel cz. 1

Opublikowano | Kwiecień 23, 2012 | Komentarze są wyłączone

Korek zaczynał się już od skrzyżowania Czerniakowskiej z Chełmską. Sznur samochodów ciągnął się aż po kres widoczności. Był piątek trzynastego lipca 2012 roku godzina 16:10. Patrząc na to co się dzieje na drodze można było odnieść wrażenie, że cała Warszawa zdecydowała się wyjechać na Mazury lub nad morze, wierząc święcie, że tym razem sprawdzą się przepowiednie Chmurek i Wicherków zapowiadających wyjątkowo suchy i upalny weekend. Na razie w większości samochodów panował niezgorszy humor. Oczywiście z wyjątkiem tych nielicznych pojazdów, w których brakowało klimatyzacji, co łatwo było poznać po opuszczonych wszystkich szybach i mocno zaczerwienionych twarzach pasażerów.

Gdzieniegdzie, co bardzie j niecierpliwi zaczynali już imprezować. W  powoli toczących się samochodach roześmiani młodzieńcy raczyli się piwem, a karoseria trzęsła się od miarowego „umcyk-umcyk”  – jedynie słusznej muzyki na taka porę.

Byli też i tacy, którzy czas poświęcali na inne rozrywki. W granatowej omedze kombi, mającej najlepsze czasy już za sobą, pulchna szatynka siedziała na tylnym siedzeniu między chłopcem, na oko dziesięcioletnim i kilkuletnią dziewczynką w foteliku dla maluchów. Dziewczynka darła się wniebogłosy,  na co wskazywała permanentnie otwarta buzia, próbując wyzwolić się z pasów bezpieczeństwa. Chłopiec był blady, w dłoniach dzierżył sporą papierową torbę, której przeznaczenie znają wszyscy pasażerowie samolotów mający problemy z mdłościami. Dzielny tatuś – kierowca mruczał pod nosem coś niepochlebnego na temat swoich latorośli i coraz bardziej nerwowo mrugał oczami zerkając raz po raz w lusterka i szukając miejsca aby wjechać na sąsiedni pas, kierując się irracjonalną zasadą, że sąsiedni pas zawsze porusza się szybciej.

Maciek jechał, to znaczy przesuwał się nieznacznie, białym oplem combo oklejonym granatowo-czerwoną nazwą TERMOKLIMAMONTAŻ KLIMATYZACJI.

„Ja pierdzielę ale kaszana! Do północnego będę jechał pewnie jeszcze z godzinę, a potem znowu w korku w Legionowie i pewnie przed Pułtuskiem też. Dwie godziny jak nic za kółkiem. Dobrze, że mecz jest o 20:00, to jeszcze zdążę dać nura do Narwii”.

Tymczasem od wschodu, mniej więcej z okolic Stadionu Narodowego, pojawił się ciemny pasek zaburzający nieskazitelny błękit nieba. Na razie nie wzbudził on specjalnego zaniepokojenia wśród uwięzionych w korku automobilistów, choć tu i ówdzie widać już było pierwsze oznaki rezygnacji, a nawet gniewu i złości, że oto znowu nici z pięknego wypoczynku po ciężkim tygodniu, że zaraz będzie lać, a jak zacznie, to skończy się pewnie w niedzielne popołudnie, kiedy trzeba będzie wracać z powrotem do domu. Oczywiście tego typu wizje snuli skrajni pesymiści, bo większa część, która dostrzegła już ten coraz szerszy czarny pasek, patrzyła dalej z optymizmem w przyszłość tłumacząc sobie to zjawisko chwilowym załamaniem pogody.

„Ocho, będzie lać jak nic. I tak pewnie przez cały weekend” – Maciek należał do tej pierwszej grupy obserwatorów zmian w pogodzie. Zwykle postrzegał wszystko w czarnych barwach, święcie, że jeżeli coś ma choć nikłe szanse niepowodzenia, to na pewno się nie powiedzie.

Białe combo dojechało do świateł przy stadionie Legii. Maciek spojrzał na zegar samochodowy. Była 16:30. Włączył radio, gdzie właśnie, przekrzykując się nawzajem, prezenter i prezenterka, przekazywali wszechwiedzącym i nie znoszącym sprzeciwu tonem, sensacyjne informacje z Polski i ze świata. Afera goniła aferę, a wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

„Witam w to piękne, piątkowe popołudnie wszystkich słuchaczy RMF FM. Zaczął się właśnie piękny słoneczny weekend, a my mamy dla Was 250 tysięcy złotych do wygrania. Wystarczy wysłać sms na nr 7252, w treści wpisując swoje imię. Hasło na dziś to RMF FM NAJLEPSZA MUZYKA NA SŁONECZNY WEEKEND. A więc życzymy powodzenia!”

Radosny i nachalny głos prowadzącego w końcu zamilkł. Z głośników popłynął Thriller Jacksona.

Ostatnie słowa cz 2

Opublikowano | Kwiecień 17, 2012 | Komentarze są wyłączone

Po chwili znalazł się na parkingu. Dookoła stały w równych szeregach czyste, lśniące metalicznym połyskiem volva, mercedesy, bmw oraz mniej kosztowne, ale wspaniale się prezentujące koreańczyki i jakpończyki. Jego stara, w nieświeżo czerwonym kolorze łada 1507, ze skorodowanymi nadkolami i stalowymi felgami bez żadnych kołpaków nie wyglądała olśniewająco na tle tych samochodów. Jerzy pogmerał chwilę kluczykiem w zamku bagażnika, otworzył klapę i wrzucił karton. Zatrzasnął bagażnik. Popatrzył się z obrzydzeniem na szarą, welurową, poprzecieraną w kilku miejscach tapicerkę.

„Szlag by to trafił, 15 lat życia w tej cholernej firmie … Nie ma co narzekać, mam piękny samochód po tylu latach pracy” . Miał tak podły nastrój, że nawet sarkazm wypadł mu blado i bez polotu.

Stał jeszcze przez chwilę na parkingu, po czym schował kluczyki do kieszeni marynarki i nieco bardziej energicznym krokiem udał się w stronę wyjścia z parkingu.

Szedł zalaną słońcem ulicą. Beton chodnika, beton domów, asfalt ulicy buchały gorącem, które po kliku minutach sprawiło, że Jerzy poczuł wilgoć pod pachami i strużkę potu płynąca po brzuchu. Nie zwalniając zdjął marynarkę i podwinął rękawy koszuli. Szedł bez żadnego celu. Po drodze mijał ludzi nieświadomych tego jak obojętnie mijają  nieszczęśliwego człowieka.

„A może oni też są nieszczęśliwi? Przecież ja im się nie przyglądam. A to takie maski … „

Obok niego przeszła właśnie średniego wzrostu kobieta w krótkiej spódniczce odkrywającej nieco zbyt grube uda, blade z lekkim celulitem. Twarz miała nieruchomą, osłoniętą dużymi, przeciwsłonecznymi okularami. Idąc klapała na zewnątrz szerokimi stopami osłoniętymi skórzanymi klapkami.

„Skąd mam wiedzieć co ona myśli, co czuje, czy jest zadowolona, czy spełniona, jest matką, a może lesbijką, może też jest bezrobotna, a może wyszła na spacer? Nic. Nic o sobie nie wiemy. Łączy nas tylko wspólny gatunek, nic więcej. Żadnej więzi, żadnego współczucia czy zrozumienia. Nic”

Jerzy powoli się rozklejał. Po pierwsze fizycznie. Upał niemiłosiernie dawał mu się we znaki. Pocił się i coraz ciężej oddychał. Każdy krok stawał się tak ciężki jakby wokół łydek miał ołowiane obciążniki.

Po drugie mentalnie. Dotarło do niego w formie ostatecznej i nieodwracalnej, że właśnie stracił pracę, że w jego wieku, z jego gównianym intelektem, brakiem sensownego wykształcenia, nieznajomością, żadnego innego poza ojczystym, języka następną pracę będzie mu znaleźć bardzo trudno. Że skończą się wieczorne drinki, skończy się sobotnie grillowanie, że w końcu będzie musiał o tym powiedzieć żonie …

„ Już to widzę, to jej poważne, takie sędziowskie, oceniające, orzekające z góry wyrok, spojrzenie. I milczenie. Milczenie. Bez żadnych zatrwożonych pytań: co teraz? Co my zrobimy? Jak spłacimy kredyt? Tylko milczenie. Ty się musisz odezwać pierwszy. Coś zaproponować. Na początek powiesz – no .. już poczyniłem pewne kroki … mam coś nowego na oku. Nawet tego nie skwituje żadnym słowem, bo wie, że niczego nie zrobiłeś. Że przez najbliższe dni będziesz siedział w domu, będziesz grzebał w Internecie, że niby szukasz pracy, a tak naprawdę będziesz czytał jakieś bzdury która gwiazdka z kim się rozwodzi, jaki nowy film wchodzi do kin (i tak na niego nie pójdziesz, bo niby za co?) i tego typu różne pierdoły. A ona w tym czasie będzie chodziła do pracy, brała nadgodziny, męczyła się w zapchanym autobusie bez klimatyzacji, wracała zmęczona i taka poważna, nie smutna nawet, tylko poważna, jakby była jakimś cholernym Atlasem, który musi dźwigać wszystkie problemy tego świata …”

- Kurwa mać – wymruczał pod nosem Jerzy przechodząc przez jezdnię.

Sami diabli wiedzą,  a może i Pan Bóg, bo jeśli diabły istnieją, to dlaczego nie on, czy Jerzy usłyszał pisk hamującego czarnego rangera. Może. W każdym razie sekundę później leżał na klejącym się od upału asfalcie z nogami i ramionami rozrzuconymi na boki, niczym jakaś monstrualna, kaleka rozgwiazda. Oczy miał szeroko otwarte, nieruchome, trochę przerażone, trochę smutne. Jakby patrzył w przyszłość i widział tylko szarość, taką ciemną, beznadziejną szarość. Nie wyrazistą ciemność, czerń, tylko gównianą szarość.

Z rangera wysiadł przystojny młodzieniec w markowych ciuchach. Wyjął z kieszeni spodni iphona i nieco drżącą ręką wybrał numer 112 …

Ostatnie słowa cz 1

Opublikowano | Kwiecień 17, 2012 | Komentarze są wyłączone

Drżące ręce odkręciły lśniący zimnym, błyszczącym srebrem kran nad dużą, głęboką umywalką. Podłożył dłonie pod zimny strumień zimnej wody, poczekał aż obie złożone w łódeczkę napełnią się wodą, po czym przemył powoli czerwoną, rozpaloną twarz. Powtórzył to jeszcze dwukrotnie zanim odważył się spojrzeć na własne odbicie w lustrze.

Widok nie był zachwycający. Spoglądała na niego zmęczona twarz mężczyzny w średnim wieku, nieco obrzmiała od częstych, wieczornych drinków i sobotniego grillowania przy piwie. Dwudniowy zarost dodawał mu jeszcze kilka lat, tak samo jak dwie, głębokie bruzdy, które już na stałe zagnieździły się po obu stronach, spierzchniętych teraz ust.

Kurze łapki przy oczach mogące świadczyć o poczuciu humoru, nie łagodziły wizerunku steranego życiem starszego faceta. Mimo, że całe biuro było klimatyzowanej, poczuł kolejną falę gorąca uderzającą do głowy. Przemył jeszcze raz twarz, a potem kark. Mokrą, prawą dłonią rozpiął kołnierzyk szarej, bawełnianej koszuli pozostawiając na niej ciemne zacieki od spływających z ręki kropli wody.

„A więc to tak się kończy” pomyślał wpatrując się tępo we własne oblicze.

„Przecież, nie powinienem być zdziwiony. Często myślałem, że mnie to też spotka, ale gdy to się staje, to człowiek zawsze jest strasznie zaskoczony” kontynuował monolog z lustrzanym odbiciem. „Jeszcze wczoraj nic na to nie wskazywało. Stefan dał mi do sprawdzenia faktury od tej nowej firmy, z którą dopiero co podpisaliśmy umowę i wyglądało na to, że to będzie moje, kolejne stałe zajęcie, szczególnie, że oni tych faktur wystawili już pięć w tym miesiącu, a wiedziałem, że będą następne. A dziś …”

Do toalety wszedł Zbyszek. Jak zwykle wyprostowany, rześki i energiczny. Przystojny trzydziestolatek, kawaler własnym mieszkaniem. Co więcej potrzeba?

- Się masz Jerzy – Zbyszek wyszczerzył zdrowe zęby w nieco sztucznym uśmiechu – jak zdrówko? Ocenę już miałeś?

- Tak – trochę sztywnym głosem odpowiedział Jerzy – miałem. Właśnie przed chwilą skończyliśmy. Stefan mnie zwolnił.

- O kurde, stary, jak to? Przecież ty byłeś najlepszy. Pamiętam jak się tu zatrudniłem, to ty mnie właśnie we wszystko wprowadzałeś. Kurczę …

- Stefana też wprowadzałem – krótko stwierdził Jerzy – i co z tego?  Łączą stanowiska, a ten, który to ma przejąć zna dwa języki, więc sam wiesz jak jest …

- No tak … – dramatycznie zawiesił głos Zbyszek – taaak … To trzymaj się, muszę spadać – i nie skorzystawszy z ubikacji Zbyszek odwrócił się i wyszedł szybko z toalety.

„Zawsze tak jest. Dopóki jesteś w firmie wszyscy z tobą gadają, zaczepiają, dowcipkują, radzą się. Jak cię wywalą – koniec! Zero rozmów, zero kontaktów, przemykają się i udają, że cię nie widzą. Ostracyzm jakiś – myślał gorzko Jerzy – a z drugiej strony, co się dziwić? O czym tu gadać z takim – Jerzy dosyć szybko znalazł odpowiednie słowo – nieudacznikiem? To jest jak trąd, można się zarazić”

Jerzy wytarł starannie twarz papierowym ręcznikiem, chwilę postał nad kratką klimatyzacyjną. Chłodne powietrze ostudziło go i uspokoiło. Zaczerpnął głęboko powietrza i wyszedł z toalety. Trochę wolniej niż zwykle poszedł w kierunku swojego biurka.

Po drodze minął kilka osób, które widząc go osuszały wzrok lub spoglądały nerwowo gdzieś w bok bąkając cicho lub niewyraźnie jakieś zdawkowe pozdrowienie. Jerzy nawet nie próbował odpowiadać jakimkolwiek słowem czy gestem. Szedł mechanicznie jak jakiś cyborg, krok za krokiem, ciężko stawiając stopy na brudnawo zielonkawej, miękkiej wykładzinie. W swoim boxie tuż przy biurku stał już przygotowany, średniej wielkości pusty karton, do którego włożył jakąś starą gazetę, kubek do kawy, stary długopis i kilka innych drobiazgów. Wziął karton pod pachę i nie oglądając się za siebie poszedł w kierunku windy.

Metro cz. 2

Opublikowano | Kwiecień 6, 2012 | Komentarze są wyłączone

„Ten to szyku zadał. Marynareczka taka do figury, opięta, do półdupy sięgająca, pedalska. W taki upał! Co za pojeb. A włosy jakie wymodelowane. Tu grzyweczka, tak niby niedbale przystrzyżona, z tyłu podgolone, wygolony gładziutko na buziuchnie. No po prostu śliczna chłopaka! A i torba na laptop – obowiązkowo przerzucona przez plecy. Słuchawy na uszach. Pewnie Sennheisery … I słucha pewnie jakiś dupereli. Ambienta albo innego gówna i se myśli, że znawca wielki, muzyczny … Jezu, szlag mi trafi zaraz na tego mydłka.

Mirek z wyraźnym obrzydzeniem odwrócił wzrok. Pociąg minął Dworzec Gdański i zbliżał się Placu Wilsona. Było już całkiem luźno jak na tę porę dnia. Zrobiło się nieco przewiewniej, bo ktoś otworzył wąskie okienko w wagonie, ale Mirek nadal tęsknił za klimatyzacją

„W normalnym kraju … – chciał już zacząć w myślach wywód na temat różnic cywilizacyjnych między Polską, a krajami za zachodnią granicą, gdy zauważył po lewej stronie stojącą przy samych drzwiach kobietę w średnim wieku.

„Że też ziemia nosi takie coś. Co na siebie włożyła. Jakaś taka stara, już dawno niemodna, biała bluzeczka, z czarnym kołnierzem, wielkimi czarnymi guziorami i jeszcze do tego te wywatowane ramiona. Jak jakiś superman wygląda – szydził jadowicie Mirek – No i czarne legginsy do tego … Kobito! Puk, puk – jest tam kto? Ile ty masz lat? Nogi trzeba mieć do takich obciślaków, a nie takie balerony w iksy. He, He i buciki na obcasiku do tego ze złotym łańcuszkiem. No, szkoda, że nie założyła białych skarpetek z koronką, bo byłby niezły ubaw”

Mirek zachichotał złośliwie w myślach.

„A fryzura też niezła. Blond baranek, na górze więcej, po bokach mniej, ułożone, ulizane, niby z fantazją, a tak naprawdę jak spod sztancy. I gapi się bezmyślnie przez okno … Co ona tam widzi? A pewnie się sobie przygląda. Och jaka jestem ładna, zadbana i tralala. Trzymajcie mnie bo się zesram ze śmiechu”

I faktycznie usta Mirka zaczęły nieco drgać, wykrzywiając się powoli w jakimś szyderczym grymasie. Opanował się jednak i skupił na trzymanej wciąż w rękach gazecie. Powoli namarszczył brwi, co oznaczało, że koncentruje się na tekście z pierwszej strony pod wielce obiecującym tytułem „Czy z Warszawy znikną bazary?” po czym z ogromną ciekawością wgryzł się w polemikę za i przeciw bazarom w Warszawie.

Tymczasem pociąg stanął na stacji Słodowiec. Do wagonu wsiadł starszy, na oko 60-letni pan w słomkowym kapeluszu na głowie, hawajskiej koszuli fantazyjnie rozpiętej na owłosionej, siwej klacie i bermudach z kieszeniami na bokach w kolorze khaki. Wyraźnie odprężony żuł gumę. Rozejrzał się po wagonie. Jego uwagę przykuł pewien młodzieniec ubrany w przechodzoną koszulkę w wyblakłym kolorze, niegdyś yellow bahama oraz krótkie spodenki z nieco polepszonym, o jeden pasek, logo ADIDAS. Spod czapeczki z napisem LG wystawały tłuste, blond loki. Na nosie czerwieniła się ogromna krosta z białym stożkiem znamionującą potężną ilość ropy, bynajmniej nie naftowej.

Chłopak siedział przygarbiony, dłubał niezbyt czystym palcem wskazującym w nosie i czytał artykuł pod wielce obiecującym tytułem „Czy z Warszawy znikną bazary?” …

Metro cz. 1

Opublikowano | Kwiecień 5, 2012 | Komentarze są wyłączone

Metro cz. 1

 

Upał był nie do zniesienia. Powietrze obezwładniało gorącem spotęgowanym przez nagrzane betonowe chodniki i budynki na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Oblepiało ciało wilgocią potu, a płuca wypełniało ciepłym smrodem spalin samochodów tkwiących w permanentnym korku, ciągnącym się od Bankowego aż do ronda Dmowskiego. Nie było w tym nic dziwnego. Zwykle tak wygląda Marszałkowska w dzień powszedni ok. 16:30, a właśnie tę godzinę pokazywał zegarek na przegubie spoconego młodzieńca zmierzającego energicznym krokiem ku schodom wiodącym na stację Metra Świętokrzyska.

Po chwili zastanowienia czy dalej kontynuować marsz schodami czy też wybrać opcję wymagającą mniejszej aktywności fizycznej i dalszą drogę na peron metra pokonać windą, Mirek postanowił pokatować jeszcze swoje nogi, które i tak już dostały mocno w kość, i zbiegł żwawo schodami. Stał właśnie skład jadący w stronę Młocin, czyli w kierunku w jakim udawał się Mirek. Wydłużył krok pokonując co drugi stopień. Podbiegł do ostatnich drzwi i w momencie gdy usłyszał dźwięk oznaczający ich zamykanie był już w ostatnim wagonie.

Jak zwykle o tej porze wagon był zapełniony do granic wytrzymałości.

„Czy oni w tym metrze w ogóle słyszeli o takim wynalazku jak klimatyzacja?” – gorzko pomyślał Mirek . Upał, szybki marsz, bieg na ostatnich metrach i wreszcie tłok w wagonie spowodowały, że Mirek ledwo stał na nogach obezwładniony oblepiającym go potem.

Płytko łapał oddech starając się zanadto nie dmuchać w krostowatą szyję jakiegoś wyrostka z tłustą czupryną stojącego tuż przed nim.

„ Co to kurna nie może się czym smarować gówniarz jeden??? Same czerwone krochy, wulkany psia mać … I do tego te włochy strąkowate, obrzydliwe” – Mirek zmarszczył nos poczuwszy mdły, łojowaty zapach snujący się leniwie od nastolatka.

Tymczasem pociąg zaczął ostro hamować. Dojeżdżał do stacji Ratusz Arsenał, o czym informował  głos Ksawerego Jasieńskiego z charakterystycznym „eł” na końcu Arsenału, co zawsze doprowadzało Mirka do szewskiej pasji.

„Na cholerę on tak mówi jakby informował świat o nie wiadomo czym??? Nie może normalnie powiedzieć Arsenał, a nie jakiś arsenałłł? Onanista pieprzony”

 Mirek nie zdołał utrzymać równowagi i dziugnął nosem prosto w oleiste, ciemne strąki włosów.

Zemdliło go. Zrobił się blady i pot jeszcze obficiej zrosił mu czoło. Z każdej strony napierali na niego ludzie chcący wysiąść na Ratuszu. Kręcił się między nimi jak bąk w przeręblu i naraz zobaczył lukę w ludzkiej masie zakończoną wolnym miejscem.

Wężowym ruchem ominął krostowatego nastolatka i z głośnym sapnięciem usiadł ciężko.

„No w mordę, udało się”.

W wagonie zrobiło się trochę luźniej, było więcej powietrza, ale koszula nadal kleiła się do pleców. Mirek sięgnął do plecaka i wyciągnął bezpłatną gazetę rozdawaną przed stacją Świętokrzyska. Na chwilę skoncentrował się  na tekście z pierwszej strony po czym podniósł wzrok rozglądając się bez specjalnego zaangażowania po wagonie.

Naprzeciwko siedział szpakowaty mężczyzna w zielonym t-shircie, wojskowych spodniach, oczywistych tanich podróbkach airbornów, tanich, chińskich adidasach i w kamizelce wędkarskiej z niezliczoną ilością kieszonek. Blade czoło miał lekko zaczerwienione od wycierania przepoconą chusteczką.

„A to śmondak! Jak on wygląda? Się zestroił, kurna … – zaśmiał się w duchu Mirek – Taa … ludzie to w ogóle nie wiedzą jak się ubrać. Założył bojowy strój i zgrywa Czaka Norisa. A widać przecież, że to miętus. I jeszcze ta chusteczka. Zaraz se to wytrze do kości. Pacan – łaskawie zakończył swój wywód myślowy Mirek, straciwszy zainteresowanie szpakowatym Norisem na rzecz stojącego nad nim wysokiego przystojniaka.

 

Ciąg dalszy jutro …

Maszyny kroczące cz.2

Opublikowano | Kwiecień 4, 2012 | Komentarze są wyłączone

„Ale jaki numer był, stary, z tym Jurkiem z Paprotni. Było tak gdzieś koło 01:00 w nocy. Wszyscy już byli nieźle wlani, na sali upał, zaduch, bo klimatyzacja wysiadła. Trzcinograjce na scenie uprawiali jakieś umpa-umpa, ale mało już osób tańczyło. I tak z boku stała grupka chłopaków z Kurabki. Było ich chyba z sześciu, czy siedmiu, nie pamiętam już, bo jak Zośka pojechała, to od razu z Jurkiem i Zdziśkiem połóweczkę ogarnęliśmy, tak na szybko bez popitki, no i trochę szumiało. A z nimi były dwie dziewczyny. Jedna, taka grubsza lodzia z kolorowymi włosami stała z nimi i paliła, a ta druga, nawet ładna blondyneczka siedziała nabzdyczona, z kwaśną miną na ławce. I naraz Jurek mówi „ No, to o co zakład, że ona ze mną zatańczy?” Mówię mu, żeby się opanował, bo jest nawalony jak meserszmit i żadna panna z nim tańczyć nie będzie, a jak się będzie tak napierał, to jeszcze będzie sprawa z tymi chłopakami z Kurabki. Nic do niego trafiało, albo był taki złojony, albo może mu w oko wpadła. W każdym razie powiedział, że on bez zakładu z nią zatańczy i poszedł w jej kierunku. Patrzymy. A on stoi nad tą blondyneczką i coś jej klaruje, ta kręci głową, a on dalej nawija i rękę wyciąga. Te chłopaki z Kurabki się w końcu zainteresowały i zaczęły go obserwować spode łbów, a on klaruje dalej. Naraz przestał. Spojrzał na nas, potem na tych z Kurabki, machnął ręką i dawaj tę blondynę za ramię. Wyrwał ją z tej ławeczki i na salę w tan. Kurabiaki stały z rozdziawionymi gębami, a ten walcował z nią, że aż miło było popatrzeć. Jeden kawałek zleciał, potem drugi i trzeci, a pewnie by i dalej tańczyli, ale trzcinograjce przerwę sobie zrobiły. Odprowadził ją na miejsce, ona rozpromieniona, on jak paw się napuszył, Kurabiaki patrzyły, ale z miejsca się nie ruszyły. Blondyna do nich podeszła, coś tam pogadali, zapakowali się w pandę i uno i do domu. A Jurek zaczął opowiadać, że panna po prostu niedotańczona była. Przyjechały z koleżanką we dwie z tymi chłopakami, myślały, że potańczą, a okazało się, że oni je wzięli, żeby z powrotem samochodami wracały. Kierowców im było trzeba, bo sami wypić chcieli. No i taki numer z tym Jurkiem” – zakończył Ziutek odkładając na bok lornetkę.

Dzidek potarł w zamyśleniu podbródek, podniósł głowę, popatrzył na gwiazdy. Westchnął ciężko.

„Taaa, z Jurka to zawsze był numerant. Mówiłem, ci jak byłem z nim na komisji wojskowej?” I nie czekając na odpowiedź Ziutka zaczął opowiadać.

„Weszło nas pięciu. Kazali się rozebrać, ważyli, mierzyli, no sam wiesz jak tam jest. W końcu ten główny doktor każe nam zdejmować majtki i pochylić się do przodu. Stanął za nami i, też pochylony zagląda nam w tyłki. W końcu doszedł do Jurka. Zatrzymał się przy nim na dłużej, patrzy, patrzy i pyta go „ Pali pan papierosy?” A Jurek, cały czas pochylony odwraca głowę i odpowiada „Tak, a co dymi się z rufy?” No i było po komisji. Wszyscy, łącznie z wojskowymi tarzali się ze śmiechu. Mnie to nawet jakaś kolka dopadła. Taki numer, proszę ciebie …”

Ziutek otworzył usta. Chciał opowiedzieć inną historię, ale w tym momencie od strony wzgórza zaczęło błyskać. Początkowo horyzont rozświetlał się bladym światłem co kilka sekund. Potem światło stało się coraz bardziej jaskrawe, oświetlając zimną bielą cały grzbiet wzgórza.

„To chyba już?” – zapytał spokojnie Ziutek

„Spadamy!”- zdecydował Dzidek

Wyskoczyli z zagłębienia i pochyleni cofnęli o kilkanaście metrów do głębokiego okopu. Dzidek zerwał brezent z sześciolufowego działka M61 Vulcan, a Ziutek natychmiast podał mu pierwszą taśmę z nabojami burząco- zapalającymi typu PGU-28.

Dzidek stanął za działkiem, odbezpieczył i znieruchomiał przy celowniku z rękami gotowymi do naciśnięcia spustu. Ziutek stał obok, trzymając w sztywnych rękach taśmę z nabojami.

Znad wzgórza zaczęły wychylać się maszyny kroczące. Najpierw widać było ogromne, obłe korpusy, błyskające białym, przeszukującym teren światłem oraz plujące ogniem skondensowanej plazmy. Potem zobaczyli je w całej okazałości na długich, szczudłowatych nogach, z których każda zakończona była elastycznym, gąsienicowym układem jezdnym.

Przez wzgórze przetoczyło się pięć takich maszyn, ale narastający churgot zwiastował, że zbliża się ich dużo więcej. Z każdą chwilą rosły w celowniku działka.

„ To mówisz, że fajna ta Zośka była” – spytał, a właściwie stwierdził Dzidek

„Nnno – wyjąkał przez szczękające zęby Ziutek – bbbardzo  fffajna”

Maszyny znalazły się w polu rażenia działka. Krwistoczerwone krzaki wybuchów plazmy zbliżały się nieuchronnie w stronę okopu. Dzidek zmrużył lewe oko, zogniskował w celowniku środek obłego korpusu maszyny, mruknął pod nosem „ Macie trochę zdrowego, ziemskiego ołowiu, marsjańskie sukinsyny” i nacisnął spust.

Maszyny kroczące cz.1

Opublikowano | Kwiecień 3, 2012 | Komentarze są wyłączone

Ogromna równina mieniła się ciemną zielenią traw w jasną, księżycową noc. Lekka smuga mgły snuła się powoli, majestatycznie przesuwając się z  północy na południe. Ciemnogranatowe niebo z przemykającymi się leniwie małymi, eterycznymi chmurkami iskrzyło niezliczoną ilością gwiazd. Była ciepła lipcowa noc. Cicha i niezakłócona śpiewem ptaków, które dopiero co miały się obudzić.

Na środku równiny, mniej więcej300 metrówod pofałdowanego wzgórza, znajdowało się nieduże zagłębienie. Leżało w nim nieruchomo dwóch mężczyzn. Obaj leżeli na brzuchach i trzymali przy oczach duże lornetki Zeissa, spoglądając w stronę wzgórza. Ubrani byli w zielone, drelichowe spodnie, spod których wystawały czarne, z długą cholewką sznurowane buty. Zarówno i jeden i drugi mieli takie same zielone koszule z podwiniętymi rękawami.

To co ich odróżniało, to nakrycie głowy. Ten z lewej miał czarną bejsbolówkę z daszkiem wygiętym w kaczy dziób, natomiast ten z prawej czerwoną bandankę odcinającą się jaskrawo na tle szopy, gęstych blond włosów.

„Widzisz coś Ziutek?” – spytał cicho ten w bandance nie odrywając oczu od szkieł lornetki.

Głowa w bejsbolówce wykonała niemal niedostrzegalny ruch w prawo i w lewo po czym znieruchomiała.

„Nic” – powiedział po chwili równie cicho Ziutek zorientowawszy się, że jego kompan lustrując teren przez lornetkę nie mógł zauważyć jego kręcenia głową.

„Nic zupełnie, choć coś tam jakby jaśnieje za tym wzgórzem … która to godzina? Może już świtać zaczyna?”

„Może i zaczyna” – odpowiedział z wyraźnym sarkazmem w głosie ten w bandance – ale, jeśli już, to  za naszymi plecami, czyli na wschodzie. Wzgórze jest na zachodzie przecież!”

„A, kurteczka, faktycznie” – skrzywił się Ziutek odrywając wzrok od lornetki – Tak sobie myślę Dzidek, że trzeba się stąd zmywać powoli. Wygląda na to, że dziś już się nic nie wydarzy”

„Wydarzy – nie wydarzy – sentencjonalnie stwierdził Dzidek – mamy tu siedzieć i patrzeć, więc zostajemy. Nie ma o czym gadać” – zakończył stanowczo Dzidek.

Ziutek przetarł zmęczone oczy, przeturlał się na plecy i popatrzył na rozgwieżdżone niebo. Leżał tak przez dłuższą chwilę z rękami założonymi pod głową szukając wzrokiem Wielkiego Wozu. Przyjemne ciepło, zapach traw i ziół sprawiły, że przypomniał sobie wydarzenia z pewnej sobotniej nocy kilka tygodni wcześniej. Z tego miłego rozmarzenia wybudziło go solidne klepnięcie w czoło.

„Nie śpij! Bierz lornetkę i obserwuj” – Dzidek jak już coś robił, to popadał w perfekcjonizm. Miał obserwować teren, więc poświęcała się temu bez reszty i tego też oczekiwał od Ziutka.

Ziutek przekręcił się tymczasem z powrotem na brzuch. Przyłożył lornetkę do zmęczonych oczu i zagaił.

„A bo wiesz, przypomniało mi się jak ostatni raz byłem na dyskotece u nas w Bolimowie. Była tam jedna taka … Zośka się nazywała …

Po prawej stronie za grzbietem wzgórza coś jaskrawo błysnęło. Lornetka Dzidka przesunęła się natychmiast w tamtą stronę, a sekundę potem tak samo zareagował Ziutek. Obaj wpatrzeni byli w to samo miejsce wciskając do bólu lornetki  w oczodoły. Leżeli napięci niczym struny w wysoko strojonej gitarze, bez ruchu, bez oddechu, bez słowa.

Minęło kilkanaście sekund. Wszędzie panowała ciemność rozjaśniona tylko światłem milionów gwiazd i sierpowatego księżyca. Minęła minuta. Chłopcy odprężyli się. Dzidek sięgnął po butelkę z piciem, upił spory łyk rozgazowanej wody, wytarł usta wierzchem dłoni i podał w milczeniu butelkę Ziutkowi. Ten łapczywie ugasił pragnienie i przetarł rogiem koszuli spocone czoło.

„Niby noc, a jednak ciepło” – cicho westchnął i pomyślał czule o swoim starym passacie z niezawodnie działającą klimatyzacją.

„I co z tą Zośką?” – niespodziewanie zaczął Dzidek.

„ Fajna dziewczyna. Fryzjerką jest w Wiskitkach. Jurek, ten taki wielki, łysy z Paprotni nas poznał ze sobą. Trochę potańczyliśmy, potem poszliśmy trochę na spacer. Nie, no super było” – Ziutkowi głos zmiękł i trochę się załamał. Przyłożył lornetkę do oczu, szybko się opanował i zaczął z innej beczki.

c.d.n.

Dowcip

Opublikowano | Kwiecień 2, 2012 | Komentarze są wyłączone

Zdarzyło się pewnego ciepłego, sierpniowego wieczoru, że zostałem zaproszony na wystawne przyjęcie do jednego z moich zamożnych znajomych. Znajomy ten mieszkał w okolicach Otwocka. Na sporej, blisko 6,000 metrowej działce zbudował ślicznego koszmarka architektonicznego z licznymi kolumnami, oknami różnej wielkości i kształtów, z elewacją w czterech kolorach, z obowiązkową klimatyzacją, krytego zgrabną, czerwoną dachówką, która w zasadzie była jedyna ozdobą tego wymysłu zaprojektowanego prawdopodobnie pod wpływem dużej ilości marihuany.

Nie ja tam jednak mieszkałem, znajomy był sympatycznym człowiekiem, więc nie uznawałem za stosowne dzielić się z kimkolwiek swoimi wrażeniami, uznając, że z gustami bywa tak, że jeden lubi ser, a drugi jak mu nogi śmierdzą. W każdym razie już po godzinie bawiłem się doskonale. Menu składało się z niezliczonej ilości kanapek, sałatek, cienko krojonych mięs, kiełbas i wędlin oraz innych przekąsek, a ponieważ w bród było także alkoholu, to język sympatycznie mi się rozwiązał, co pomogło mi na nawiązanie kontaktów z osobami, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Po jakimś czasie zorientowałem się, że już od dłuższego czasu rozmawiam z miłą szatynką o nieco rubensowskich kształtach zaśmiewającą się do łez z tekstów i dowcipów, które pod wpływem dużej ilości wina , tworzyły się barwnie w moim, bardzo kreatywnym tego wieczoru, umyśle.

Zaproponowałem po kieliszku zmrożonej, czystej wódki. Szatynka nie odmówiła, przeszliśmy na Ty, po czym przystąpiłem do opowiadania bardziej swawolnych dowcipów.

„Kasiu, a wiesz czym się różni papuga od pedała?” – zapytałem niewinnym głosem

Kasi wiele nie było potrzeba tego wieczoru aby dostać kolki ze śmiechu. Już samo to pytanie było dla niej tak zabawne, że dostała czkawki i dopiero po dobrej minucie zdołała wysapać

„No, nie skąd, nie wiem”

Wziąłem głębszy oddech i uroczyście oświadczyłem

„Zarówno papuga jak i pedał mają obsrany drążek”

Kasia zrobiła wielkie oczy. Twarz jej spurpurowiała i wydawało się, że za chwilę straci przytomność z niedotlenienia. Trwało to niespełna kilka sekund, po czym Kasia wybuchnęła takim śmiechem, że kilka osób stojących nieopodal podskoczyło i rozejrzało się nerwowo, czy aby nie dzieje się komuś krzywda.

„ O Boże, Paweł daj już spokój … nie wytrzymam … obsrany drążek” – chichotała

„A ten znasz?” – i nie czekając na odpowiedź zacząłem opowiadać – „Przez las szedł zajączek i śpiewał na całe gardło Pojebane misie, pojebane misie. Naraz zza pobliskiego krzewu wytoczył się niedźwiedź z miną, która niezbyt dobrze wróżyła zającowi. Ten nie namyślając się długo wyśpiewał na tę samą melodię Pojebało mi się, pojebało mi się.

Tym razem myślałem, że przesadziłem. Musiałem wziąć Kasię pod rękę i zaciągnąłem ją do pokoju z włączoną klimatyzacją, aby ochłonęła. Po kilku minutach i dwóch kieliszkach zmrożonej czystej wódki Kasia doszła do siebie.

„Zaraz zawołam męża. Muszę mu szybko opowiedzieć to opowiedzieć zanim zapomnę. Rafał , Rafał” – krzyknęła w kierunku niepozornego blondyna na pałąkowatych nogach i w okularach w rogowej oprawie opadających po spoconym nosie – „Choć kochanie, Paweł mi przed chwilą opowiedział kawały, słuchaj – jaka jest różnica między pedałem i papugą?”

„No nie wiem” – odpowiedział Rafał poprawiając zsuwające się okulary

„I papuga i pedał srają na drążek!” – triumfalnie obwieściła Kasia.

Rafał, podobnie jak ja, zachował kamienną twarz i wydukał „Taaa … no fajne …”

W tym czasie Kasia strzeliła jeszcze jedną lufkę czystej zmrożonej i niezrażona zachowaniem męża, kontynuowała

„A ten drugi jest lepszy –  Przez las idzie zajączek i śpiewa na całe gardło Pojebane misie, pojebane misie. Naraz zza pobliskiego krzewu wytoczył się niedźwiedź,  a zając nie namyślając się długo zaczął śpiewać na tę samą melodię Coś mi się popierdoliło, coś mi się popierdoliło.

Kiwnąłem krótko głową na pożegnanie Rafałowi, który popatrzył na mnie trochę dziwnie i poczułem nieodpartą chęć zmiany towarzystwa, co też uczyniłem.

Kolejka część 2

Opublikowano | Marzec 16, 2012 | Komentarze są wyłączone

- Tak, tak to różnie bywa w życiu. Czasami coś można przewidzieć, ale z różnych powodów nie chce się tego zaakceptować. A to z lenistwa, a to z niedbalstwa, a to jeszcze, jak w Pana przypadku z chorej ambicji.

Cała trójka, czyli murzyn, brodacz i Japończyk odwróciła się gwałtownie w kierunku młodego chłopaka o rudej czuprynie i skórze pocętkowanej równie rudymi piegami, który te słowa wypowiedział. Japończyk poczuł więź z dwoma swoimi rozmówcami i zdecydował wypowiedzieć się w ich imieniu. Zaatakował:

- A Pan co?

Rudy chłopak zmrużył oczy, splunął w lewą stronę i wycedził:

- Nie ma co się denerwować. W końcu w jednej kolejce stoimy. Panowie rozmawiają, ja słyszę, więc chyba mogę się wtrącić.

- Może tak, może nie – dyplomatycznie wybrnął z sytuacji brodacz. Rudzielec zrozumiał to jako przyzwolenie do dalszych swoich wywodów:

- Bo ja Panowie to byłem monterem w firmie, która zakładała klimatyzację. Robota fizyczna, ale nie narzekałem. W sezonie, znaczy w lecie można było zarobić nawet drugie tyle. A i po sezonie nie było najgorzej, bo szef ciągle coś kombinował i wchodził w nowe technologie – rekuperację, wentylacje i takie tam różne. Źle nie było. Aby tylko się do pracy przyłożyć i fuszerki nie odwalać, to parę tysięcy miesięcznie można było ogarnąć.

- U nas w telewizji była klimatyzacja LG! – przypomniał sobie Japończyk chcąc przypodobać się rudzielcowi, do którego poczuł sympatię

- LG to dobre urządzenia. Montowaliśmy też Galant-a, HYUNDAI i LADY COOK. Ale do rzeczy. We wtorek po Świętach Wielkanocnych montowaliśmy jednostkę zewnętrzną w banku. Jakiś taki byłem rozleniwiony po tych świętach i nie sprawdziłem czy prąd jest odłączony. Zacząłem spinać kable, no jak mnie nie gwizdało, to Panowie. Spadłem z trzeciego pietra i po herbacie. Taaa … -  rudzielec westchnął – w robocie to nie ma to tamto.

Stali przez chwilę w milczeniu. Pierwszy odezwał się murzyn:

- Taaa … No ale wie Pan, ja szedłem sobie spokojnie o drugiej w nocy, ze zmiany wracałem, przechodziłem przez jezdnię, a ten pacan jak nie wyjdzie nie wiadomo skąd. I bach. Nie mógł sobie tego piwa kupić jak z pracy wracał?

- A ten dźwigowy? Spadkowicz cholerny! Źle wymierzył odległość czy mnie nie zauważył … Szkoda gadać, zbierać nie było czego … Wiedzą Panowie – stal to stal – swój ciężar ma – filozoficznie zauważył brodacz.

 

Tymczasem w drugiej kolejce … Choć może trudno mówić w tym przypadku o kolejce, bo był tam tylko jeden mężczyzna. Średniego wzrostu o jasnej karnacji, z lekkimi zakolami na blond włosach, z mały, obwisłym brzuchem i kępkami siwych włosów w okolicach sutek, stał lekko pochylony i zamyślony, z fatalistyczną rezygnacją bijącą z całej postaci. Nie odzywał się, bo i nie miał do kogo. Stał i czekał.

Bez żadnego ostrzeżenia czy innego sygnału białe, dwustronne drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem słabo naoliwionych zawiasów.

- Naoliwić by trzeba znowu – mruknął  po nosem barczysty, siwowłosy mężczyzna wychodząc, równie niespodziewanie, z niedużej budki. Miał długą, białą brodę, zawadiacko wywinięte do góry wąsiska i błękitne łagodne acz o stanowczym spojrzeniu, oczy. W odróżnieniu od pozostałych był ubrany w elegancką, białą szatę, długą do samych stóp osłoniętych ażurowymi, skórzanymi sandałami. W ręku trzymał solidną, zdobioną laskę z zakrzywioną w znak zapytania końcówką. Otarł lekko zroszone czoło i na chwilę zatęsknił za klimatyzowanym pomieszczeniem, z którego właśnie wyszedł.

- No dobra Panowie – zwrócił się do stojących kolejkowiczów – nie ma co trwonić czasu. Niby mamy go pod dostatkiem – tu pozwolił sobie na porozumiewawcze mrugnięcie okiem w celu rozładowania atmosfery – ale trzeba dawać dobry przykład! No, to kto tutaj jest pierwszy? Spojrzał na długą kolejkę pantoflarzy, a następnie na jednoosobową delegację prawdziwych mężczyzn. Jeszcze raz z niedowierzaniem oszacował ilość osób w poszczególnych kolejkach, po czym z niekłamaną ciekawością w głosie zwrócił się do samotnego prawdziwego mężczyzny:

- A Ty dlaczego się ustawiłeś w tej kolejce?

Mężczyzna lekko zaczerwienił się na twarzy, spojrzał na Świętego Piotra swoim fatalistycznym spojrzeniem i cichutko odpowiedział:

- No bo żona mi tak kazała stanąć, to stoję ….

keep looking »

O Nas

Termo Klima - zajmujemy się sprzedażą, serwisem i montażem systemów klimatyzacji.

bg
Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji Galeria, Zdjęcie montażu klimatyzacji

Subskrybuj kanał RSS

Szukaj

Administracja